- Na Boga, jestem pani kochankiem. Proszę o tym pamiętać. Popchnął ją na poduszki siedzenia i pocałował. Czuła na sobie ciężar jego ciała. - Artemisie! - Przed paroma minutami, kiedy wyszedłem z Pawilonu Marzeń, czułem się tak, jak gdybym dotąd żył w transie. Transie, który trwał pięć długich lat. Przy życiu utrzymywały mnie wyłącznie plany zemsty. Nagle po raz pierwszy zrozumiałem, że jest w moim życiu coś nieskończenie ważniejszego. - Co takiego, Artemisie? Ty. Nachylił głowę i zamknął jej usta gorącym, gwałtownym pocałunkiem. Przywarła do niego i odwzajemniła pocałunek równie gorąco, równie namiętnie. Usta Artemisa powędrowały ku jej szyi. - Jestem twoim kochankiem - powiedział ponownie. - Tak. Tak. Uniósł jej suknię aż do talii. Czuła dotknięcie jego gorących dłoni na nagiej skórze ponad podwiązkami. Jego pieszczoty budziły w niej trudne do opanowania pożądanie. - Reagujesz na moje dotknięcia, jak gdybyś za mną szalała odezwał się stłumionym głosem. Wyczuła jego podniecenie; zorientowała się, że w jakiś sposób zdołał rozpiąć spodnie. Potem, jedną po drugiej, zarzucił sobie jej nogi na ramiona. Zaplątana w fałdy sukni i płaszcza, w całkowitej ciemności, w której nie mógł jej widzieć, czuła się całkowicie obnażona i bezbronna, ale to uczucie potęgowało tylko podniecenie. Wreszcie jednym mocnym ruchem wsunął się w nią i poczuła się całkowicie wypełniona. Zanim zdążyła ochłonąć, zaczął poruszać się szybko, pewnie, nieubłaganie. Narastające napięcie nagle rozładowało się w serii pulsujących drgnień, które ogarnęły całe jej ciało. Potem usłyszała stłumiony pomruk satysfakcji i poczuła, że ciało Artemisa sztywnieje pod jej dłońmi. On też osiągnął szczyt rozkoszy. YTodzinę po ułożeniu się do snu Artemis zrezygnował z prób zaśnięcia. Odrzucił kołdrę, wstał i włożył czarny szlafrok. Podszedł do niskiego stoliczka, zapalił świecę i usiadł na dywanie. Zamknął oczy i wdychając woń spalanych ziół, próbował uspokoić rozbiegane myśli. Przez długi czas analizował każdy plan, każdą czynność, którą dotąd wykonał, szukał słabych stron swoich działań, najdrobniejszych potknięć. Kiedy wreszcie doszedł do wniosku, że zrobił wszystko, co mógł w istniejącej sytuacji, jego myśli znów wróciły do Madeline. Muszę zapewnić jej bezpieczeństwo, pomyślał. To ona wyrwała mnie z beznadziejnego długotrwałego transu. 19 l\Jyształowe kandelabry ciepłym blaskiem oświetlały długą salę balową. Każdy, kto był kimś, został zaproszony na dzisiejszy wieczór do domu lorda Claya i jego szanownej małżonki. Madeline, mimo że wiedziała, w jakim celu tu przyszła, była nieco oszołomiona. Przed ślubem rzadko bywała w domach ludzi z wyższych sfer, a po ślubie wcale. Był to dla niej inny świat, równie iluzoryczny jak Pawilony Marzeń. Stała razem z Bemice przy otwartym oknie i patrzyła na wystrojone damy, tańczące walca w ramionach eleganckich dżentelmenów. Pomiędzy parami krążył ubrany w liberię lokaj ze srebrną tacą, na której stały kieliszki z szampanem i lemoniadą. Odgłosy rozmów i śmiechy zdawały się toczyć bitwę z dźwiękami muzyki. Bemice przyjrzała się uważnie bratanicy i uśmiechnęła z zadowoleniem. - Mogłabyś rywalizować tutaj z każdą damą, moja droga. Madeline spojrzała na swoją jasnożółtą atłasową suknię i skrzywiła się. - Dzięki tobie. - Hmm. To raczej zasługa Hunta. To on wymusił na tobie 'ezygnowanie z czerni. Muszę przyznać, że nadszedł czas, ;byś zaczęła nosić stroje odpowiednie dla młodej kobiety. Żółta suknia pojawiła się w domu tego popołudnia nieiodziewanie,jak za sprawą magika, w dodatku razem z biegłą waczką, która dopasowała ją do figury Madeline, oraz osownymi rękawiczkami i pantofelkami. Bemice tak była z siebie zadowolona, że bratanica nie miała ątpliwości, że i ona maczała w tym palce. Jednakże o tym, ' nadszedł czas, by zakończyć żałobę po śmierci ojca, zekonało ją spojrzenie Artemisa. To on wpadł na pomysł, by wykorzystać fakt, że tego ieczoru rezydencja Claya będzie pełna gości. Uważał, że jest znakomita okazja, by przeszukać gabinet lorda i dowiedzieć ;, co zrobił z pokaźną ilością usypiających ziół nabytych aptece pani Moss. Madeline niespokojnie zerknęła w stronę szerokich schodów. temis zniknął na nich pół godziny temu i wszelki ślad po n zaginął. - Bardzo długo nie wraca - powiedziała cicho, nachylając ; do Bemice. - Nie ma powodu do niepokoju. Jest zbyt mądry, żeby dać - przyłapać na przeszukiwaniu gabinetu Claya. - Nie martwię się o to, że go złapią. Jestem zła, bo dla bie dziś wieczór wybrał najłatwiejsze zadanie. Mnie zostawił co jest trudniejsze. - O czym ty mówisz?. Wynika, aby formy następne miały być tylko następstwem tej. - Nie przez ziemię, a przez Kargula! - twardo ucina Jaśko i teraz już nikt nie może mieć wątpliwości, że przybysz niczego przez te lata nie zapomniał. Minęły rządy, przewaliła się wojna jak potop, miliony ludzi zmieniło miejsce zamieszkania, a on wciąż niósł przez ten czas w pamięci tamtą sprawę. Kiedy z ust Jaśka padło nazwisko - "Kargul" -jakby ktoś podpalił lont. Teraz wszyscy obecni czują, że iskra nieuchronnie zbliża się do beczki z prochem. Jadźka, jakby wiedziona złym przeczuciem, chwyta w ramiona poduszkę ze śpiącą Anią; Marynia nerwowo zerka przez okno na sąsiednie podwórze, czy aby przypadkiem nie snuje się po nim ten, w którym do dziś Jaśko upatruje przyczynę wszystkich dramatów swego emigracyjnego losu. Ale podwórze Karguli jest puste. Kaźmierz potoczył niespokojnym okiem po twarzach obecnych. Wszyscy sprawiali wrażenie ludzi, oczekujących wybuchu odbezpieczonego granatu. Jaśko czuje to dziwne napięcie, ale nie zna jego przyczyn.. - W Zalaskach.. - Ponieważ świadomie starałem się zmienić. Otworzyć się i poddać uczuciom. Gdy tego pierwszego dnia weszłaś do mojego biura, byłem gotów, po raz pierwszy w życiu, się zakochać.. - Co do dreszczu nie jestem pewny, ale wiem, że pociąga to za sobą bardzo interesujące pytania.. - Dobrze - odrzekł. - Przejdźmy teraz do naprawdę ważnych szczegółów. - Spojrzał na zegarek. - Nie mamy dużo czasu. Wkrótce ma tu być fryzjer. - Fryzjer?. - O co panu chodzi, do cholery?. Sturmbannfuhrer Skorzeny wykonuje mój osobisty i wysoce tajny rozkaz najwyższej wagi. Rozkaza~ję wszystkim politycznym i wojsko-uym władzom udzielić mu wszelkiej pomocy, jakiej wymaga, i zastoso-. Analfabetę wyniesionego nad mieszczaństwo, z prawem noszenia.
-
Kategorie
-
Losowe:
- -Oni świetnie karmić - wymamrotał mały Indianin. .
- - Miałem raczej wrażenie, że jest dość chłodno. Czy dobrze się pan czuje? - spytał Hare. Zbliżył się Edge, niosąc w dłoniach dwie szklanki. Wręczył jedną Munro, a drugą Craigowi. - Wygląda mi pan na smakosza dżinu, majorze. Niech pan to wypije. Zaraz zagra w panu krew. Julie tylko na to czeka. - Pieprz się - warknął Craig, ale wziął szklankę i wypił. - Chodzi o to, żeby pieprzyć właśnie ją, staruszku. - Edge przysiadł na ławie obok niego. - Chociaż ona zdaje się tego nie okazywać. - Jesteś obrzydliwą świnią, co, Joe? - wtrącił się Martin Hare. Edge spojrzał na niego z urazą. - Jestem nieustraszonym człowiekiemptakiem, staruszku. Najdzielniejszym rycerzem podniebnych szlaków. - Podobnie jak Hermann Goering - zauważył Craig. .
- mówię do ciebie - syczał złym głosem Purchel. - Załatwisz i siedź do rana...! - Dzisiaj? - niechętnie i z roztargnieniem spytał Wiśniewski, opadając na krzesło. Purchel pomamrotał mu do ucha. -...od wczoraj. - usłyszał znów Rafał. - Mogą kłapać pyskiem. Trzeba natychmiast... - Cholera, obok! Przeskoczyła! - powiedział ze złością Wiśniewski. Wyrwał z wewnętrznej kieszeni marynarki portfel i rzucił na stół pieniądze. Rafał policzył je wzrokiem. Sześć milionów. W osłupieniu patrzył, jak Wiśniewski chwyta podsunięte mu żetony i stawia stosami na różnych numerach. Nie zostawił sobie ani jednego, padł na krzesło i wbił wzrok w kręcące się koło ruletki. Purchel milczał, stojąc mu nad głową. - Trzydzieści cztery czerwone - powiedziała po angielsku krupierka. Z wielkim zainteresowaniem Rafał spojrzał na kwadrat, oznaczony liczbą trzydzieści cztery. Nie stało na nim nic, ani jeden żeton. Wiśniewski jakby się zachłysnął, znieruchomiał na moment, a potem zerwał się z krzesła. -Pożycz dychę! - wyszeptał gwałtownie do Purchla. .
- i czyste, została posłana do nieba, a ponieważ ty myślałeś o .
- - Proszę posłuchać - rzekł kardynał siadając znów obok niego z twarzą bardzo poważną. - W jakikolwiek sposób pan się o tym dowiedział, niemniej jest to prawdą, Pułkownik Ferrari obawia się, że pańscy przyjaciele podejmą nową próbę uwolnienia pana, i pragnie temu zapobiec... w sposób, o jakim pan mówił. Widzi pan, że mówię z panem całkiem otwarcie. - Eminencja zawsze był sł...sławny ze swej prawdomówności - z goryczą zauważył Szerszeń. - Wiadomo panu naturalnie - mówił dalej Monta-nelli - że prawnie nie mam żadnej władzy w sprawach świeckich, jestem biskupem, nie legatem. Posiadam jednak dość znaczny wpływ w tym okręgu i sądzę, że pułkownik nie odważy się na krok ostateczny, jeśli nie otrzyma mego bodaj milczącego przyzwolenia. Dotychczas bezwarunkowo się sprzeciwiałem, jakkolwiek nalegał na mnie bardzo silnie i starał się zwalczyć me skrupuły zapewniając, że w najbliższy czwartek, gdy tłumy ludu zgromadzą się na procesję, grozi wielkie niebezpieczeństwo zbrojnego napadu w celu uwolnienia pana, napadu, który prawdopodobnie doprowadzi do rozlewu krwi. Czy pan uważa, co mówię? Szerszeń bezprzytomnie wpatrywał się w okno. Obejrzał się i odpowiedział głosem znużonym: - Tak, uważam. .
- przed nami jako coś całkiem obcego w stosunku do postrzeżenia. .
- Idea okresu przejsciowego, powolujaca sie na rewolucje spoleczna, powinna prowadzic nie do spoleczenstwa komunistycznego, ale do systemu X. Spoleczenstwo komunistyczne zachowujace elementy starego systemu jest antyspoleczne samo w sobie. Grozi to utworzeniem na nowo starych podzialow. .
- odwiedzał go często i dopytywał się, czy mu czego nie .
- - Nie widzisz tego? To ja muszę znosić te wszystkie ujrzenia i wymieniane ukradkiem uwagi. Nie zauważyłaś, :ie poruszenie wywołało nasze pojawienie się na sali balowej? łożę się, że ci ludzie nie mówią o niczym innym jak tylko Z A W A Q tym, że Artemis Hunt zjawił się na balu z Niebezpieczną Wdową. Bemice roześmiała się. ' - Masz rację, kochanie. Nikt nie znalazłby lepszego tematu do rozmowy. Twój związek z Huntem wzbudził powszechne zainteresowanie towarzystwa. - Traktują mnie jak jedną z atrakcji w Pawilonach Marzeń. Należałoby zmusić ich do wykupienia biletów. - Och, nie jest aż tak źle. Nie przejmuj się. - To ja powinnam przeszukiwać gabinet Claya, a wtedy Artemis byłby wystawiony na te zaciekawione spojrzenia. - Ludzie z wyższych sfer szybko nudzą się plotkami. Twój związek z Huntem wkrótce im spowszednieje. - Mam nadzieję, że się nie mylisz. - Bemice! Ostry nieznajomy głos przerwał im rozmowę. Jak to miło znów cię widzieć. Madeline odwróciła się i zobaczyła kobietę w średnim wieku, ubraną w różową jedwabną suknię. Dama uważnie przyglądała się jej przez lorgnon. - Pani Deveridge, prawda? .
- - Ot, pomorek - szepnął do siebie Kaźmierz, wciskając pospiesznie zamek na swoje miejsce. .